Wypadałoby przedstawić głównych bohaterów działu „zwierzakowo” czyli Mirę, Mańka i Miszę.

Zacznę od najstarszego:

Misza urodził się prawdopodobnie w listopadzie 2005 roku. Lubię liczbę 14, więc taką datę uznałam za dzień jego narodzin. Łatwo policzyć, że w tym roku Misza kończy 13 lat. I jest w dość dobrej kondycji, jak na swój koci, sędziwy już wiek. Misza jest z ogłoszenia w gazecie, trafił do mnie dokładnie w światowy dzień kota  – 17 lutego 2006 roku. Misza był blokersem, mieszkał, o ile pamiętam na 3 piętrze ze wspaniałą rodzinką, małymi dzieciakami, swoją kocią mamą, rodzeństwem i dużym owczarkiem niemieckim. Pamiętam, że właścicielka uprzedziła, że już ktoś go oddał, bo głośno gadał, powiedziała też, że lubi wątróbkę i spanie w łóżku. Mi to nie przeszkadzało, więc dałam dychę (tylko tyle miałam ze sobą, bo kotek miał być „za darmo”), wsadziłam kota pod płaszcz i z buta poszliśmy do domu. Pamiętam, że darł się w niebogłosy całą drogę. Ucichł dopiero wtedy, gdy przekroczyłam próg domu. Miał nieproporcjonalne do głowy uszy. Były ogromne, niczym u nietoperza. Komicznie wyglądał. Imię nadała mu babcia. Mi się spodobało. I tak Misza został Miszą. Faktycznie dużo gadał, spał ze mną w łóżku, ale to nie był dla mnie powód, by kota oddawać. Żyję już ze mną prawie 13 lat, nieustannie towarzysząc mi w szczęśliwych i smutnych chwilach. Ile to kocie futro wchłonęło mych łez, to tylko wiem ja. Misza jest niezwykłym kotem (choć pewnie tak myśli o swoim kocie każdy właściciel). Ma niebywałe umiejętności, które prawdopodobnie wyniósł jeszcze z rodzinnego domu, bo ja go ich nie uczyłam. Potrafi: otworzyć drzwi skacząc na klamkę, odsłonić sobie firankę łapą, a gdy był mały, aportował przedmioty – kiedy rzuciło mu się kulkę z papieru, biegł, łapał ją w pysk, po czym przynosił do tego, kto rzucał i kładł mu na kolanach. Zaskoczył mnie, kiedy po raz pierwszy zobaczyłam, jak to robi. Teraz, gdy jest już kocim dziadkiem więcej śpi, mniej się rusza, ale nadal uwielbia czułości, przytulanie, głaskanie, buziaki w czółko i noszenie na rękach.

Mira i Maniek to koty rasowe, kupione z hodowli. Przyjechały na mazury z Bydgoszczy. Na początku miał być tylko jeden kot , ale potem doszłam do wniosku, że nie będzie mnie w domu minimum 8 godzin, więc zapytałam hodowczynię, czy by mi jakiegoś dobrała.  I tak w domu pojawił się kot numer dwa. Koty na początku miały imiona hodowlane – Unkas i Tuptuś . Tuptuś okazał się być … Tuptusią. Ponieważ ja lubię wymyślać imiona moim kotom – Tuptuś, zanim jeszcze został Mirą i zanim zorientowałam się, że to kotka – dostał imię Mieszko. A Unkas został Mańkiem. Imię dostał po moim sąsiedzie. Do dziś wszyscy na niego mówią, że „no, taki z niego Maniek po prostu – wszędzie chodzi, wszystkich lubi i z każdym się zakumpluje”. Ale wróćmy do początku. Spośród kotów dostępnych w hodowli wybrałam neva masquerade – bo zawsze chciałam mieć kota z niebieskimi oczami. Białe futro i niebieskie ślipka – cudeńko. Mańka (koty syberyjski) natomiast dostałam w pakiecie do Miry, wybrała mi go hodowczyni. Okazało się, że Mira to kociak „po przejściach” – najmniejsza, chorowita, odrzucona przez matkę i rodzeństwo, została przygarnięta i wykarmiona przez mamę Mańka. Dlatego ja nazywam ich kocim, mlecznym rodzeństwem. I faktycznie, chodź mieli dwie mamy, zachowują się jak siostra i brat. Kiedy jeszcze były malutkie spały razem, wtulone w siebie, myły się nawzajem, do dziś najlepiej czują się w swojej obecności, pilnują siebie nawzajem, jedzą razem. Czasem zdarza im się pokłócić i fuknąć na siebie, ale nigdy poważnie ze sobą nie walczyły. Nie ma miedzy nimi agresji. Są to dwa różne kocie charaktery: Maniek jest towarzyski, odważny, kontaktowy. Mira jest spokojna, bardzo płochliwa i delikatna. Nie lubi dotyku i przebywania na rękach. Najwyraźniej trudne dzieciństwo odcisnęło piętno na tym wrażliwym kociaku. Ale wieczorem, gdy leżę już w łóżku przychodzi i wtedy domaga się „głasków” i pieszczot. Powoli przełamuje swój strach. Może kiedyś będzie spała na moich kolanach. Czas pokaże.

Dlaczego wybrałam akurat taką rasę? Zależało mi na tym, aby była to taka rasa, w którą człowiek miał jak najmniejszą ingerencję.

owieczka

Hej!, Mam na imię Ewelina, mam 35 lat i mieszkam na mazurach. Interesuję się kotami, podróżami i ciastkami i o tym też będzie ten blog. Mam nadzieję, że zainteresuję Cię tym o czym piszę i zostaniesz ze mną na dłużej. Pozdrawiam Evi

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *